Wczorajsze rozstrzygnięcie, jakie zapadło na Łużnikach zszokowało wielu fanów piłki w naszym kraju. Nawet najwięksi optymiści byli dalecy od tego, że drużyna z Łazienkowskiej będzie w stanie awansować, mało tego, odrobić straty poniesione w pierwszych dwóch kwadransach rewanżu. Spartak już czekał na losowanie grup, już witał się z gąską po dwóch bramkach braci Kombarowów. Nie spodziewał się jednak, że stawiana w roli kopciuszka Legia nie podda się i do skutku będzie próbować wyrównać. I to się jej udało. Gdy wszyscy czekali już na dogrywkę, Rosjanie otrzymali kolejny, bardzo bolesny cios. Jako że nazwisko zobowiązuje, decydującą o awansie bramkę strzelił Janusz Gol. Gdy dowiedziałem się, kto strzelał bramki dla Legii od razu nasunął mi się pewien wniosek. Dwa dni wcześniej oglądaliśmy w akcji Wisłę, która w swoim podstawowym składzie ma tylko trzech Polaków. Strzelcem bramki, która mogła dać awans Białej Gwieździe był Cezary Wilk. W drużynie Macieja Skorży gole strzelali młodzi polscy zawodnicy. To pokazuje, że ściąganie do drużyny wielu obcokrajowców nie gwarantuje sukcesu. Różnica pomiędzy nimi a Polakami jest taka, że dla nich granie w polskich klubach jest tylko przystankiem w drodze do wielkiej kariery na zachodzie Europy. Natomiast rodzimi piłkarze identyfikują się z klubowymi barwami i w trakcie meczu dają z siebie wszystko, o czym przekonaliśmy się wczoraj oglądając mecz na Łużnikach. Miejmy nadzieję, że kierownictwo drużyny z Grodu Kraka wyciągnie z tej lekcji odpowiednie wnioski i w przyszłym roku nie będziemy musieli szukać Polaków w składach zagranicznych klubów, które występują w Lidze Mistrzów. Na razie pozostaje nam trzymać kciuki za Wisłę i Legię, które zagrają w fazie grupowej Ligi Europy. I to niezależnie od tego, czy jesteśmy kibicami Śląska, Ruchu czy Pogoni...
![]() |
| Kibice z Warszawy mogą być dumni ze swoich piłkarzy. |
MOTOARENA PO RAZ DRUGI
Rok temu obiekt przy ulicy Pera Jonssona w Toruniu eksplodował radością po ostatnim biegu. Na podium stanęło wtedy trzech Polaków, a Piotr Olkowicz wypowiedział słowa, które brzmią w moich uszach do dziś: "Światowy Speedway ukląkł przed nami na kolana". Dziś wydaje się, że nasi rywale, przynajmniej w wymiarze stricte sportowym, powoli się z tych klęczek podnoszą. Czy zatem po raz kolejny Polacy przygniotą światową czołówkę na toruńskiej MotoArenie?
Zadanie przed biało-czerwonymi bardzo trudne. Tym bardziej, że nie będziemy wspomagani przez jeźdźca z dziką kartą. Jako nr 16 pojedzie Australijczyk Ward. Jestem bardzo ciekawy, jakie powitanie zgotuje mu toruńska publiczność.
Turniej o Grand Prix Polski może definitywnie wyjaśnić sprawę mistrzostwa świata. Podzielam w tej kwestii zdanie Piotra Protasiewicza, który stwierdził, iż jeśli Greg Hancock po sobotnich zawodach będzie miał nadal 20 punktów przewagi nad drugim zawodnikiem, to już nikt nie odbierze mu złota. Jedynym rywalem Amerykanina w walce o prymat wydaje się być Jarek Hampel, który ostatnio znajduje się w życiowej formie. Na Polaka stawia wielu ekspertów na czele z pięciokrotnym mistrzem świata Ove Fundinem. Wszystko układa się ostatnio po myśli "Małego". W ostatnim meczu ligowym dwukrotnie pokonał Tomasza Golloba na jego własnym torze, co do łatwych zadań z pewnością nie należy.
Zawodnik Stali Gorzów ma już tylko iluzoryczne szanse na obronę mistrzowskiego tytułu. Jego dyspozycja jest daleka od ideału, ale jeśli Tomek ma się przebudzić, to MotoArena jest doskonałym miejscem na powrót do wielkiej gry. W zeszłorocznym turnieju nie pozostawił złudzeń rywalom wygrywając wszystkie wyścigi. Jutro komplet punktów będzie raczej niemożliwy do wywalczenia. Potrzebna jest jednak zdobycz na poziomie 16-20 punktów aby być nadal w grze o medale.
Za plecami naszych czają się dwaj Australijczycy, którym toruński tor bardzo sprzyja. Chris Holder ma wielką chrapkę na zwycięstwo, tym bardziej, że startuje na toruńskim owalu w barwach Apatora. Zatem każdy centymetr tego toru powinien być mu doskonale znany. Jason Crump z kolei dobrze spisał się w zeszłorocznej edycji, kiedy zajął czwarte miejsce.
![]() |
| Ci dwaj panowie mogą jutro sporo namieszać... |
Wybaczcie, ale ten dzisiejszy wpis jest tak trochę "na sztukę". Panujące na Dolnym Śląsku upały spowodowały, że jestem dziś cieniem samego siebie. Bądźcie zatem wobec Mnie wyrozumiali. Obiecuję poprawę w najbliższym czasie.
Z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek







