poniedziałek, 4 lipca 2011

O WALCE DEKADY I NIEDZIELNEJ WALCE Z DESZCZEM NA TORACH ŻUŻLOWYCH

JAKA DEKADA, TAKA JEJ WALKA...

      Waga ciężka przeżywa ostatnimi laty poważny kryzys. Utwierdziła Mnie w tym wczorajsza "walka dekady" pomiędzy Władimirem Kliczko a Davidem Haye'em. Może nie była ona  nudna jak flaki z olejem, ale jednak zawiodła. Po głośnych i buńczucznych zapowiedziach obu zawodników, jakich to części ciała nie pozbawią rywala, do jakiego to szpitala ich nie wyślą, spodziewałem się, że na ringu ustawionym na środku hamburskiej Imtech Areny od pierwszego gongu sypać się będą iskry. Tak jednak nie było. Władimir stoczył w ringu kolejny pojedynek szachowy i nie można mu mieć tego za złe. To sposób walki Haye'a wygenerował tak średnie widowisko. Bazujący na swojej elastyczności Brytyjczyk uniknął trzech czwartych ciosów Ukraińca. Sam jednak wyprowadził ich ponad 200 mniej, osiągając skuteczność 24% (o 2 procent gorszą od Kliczki, który wyprowadził 509 ciosów, statystyki podane za compuboxonline.com). Po walce Haye ujawnił, że trzy tygodnie przed pojedynkiem złamał palec u stopy. Później zaczął dumnie prezentować miejsce urazu. To był kolejny żałosny pokaz czarnego PR-u Brytyjczyka. Tym przedstawieniem udowodnił, że nie potrafi przegrać z honorem. Oczywiście, nie podważam faktu kontuzji, jednak odpowiedzcie sobie sami na pytanie: Czy po wcześniejszych występach Haye'a taki przebieg konferencji Was zdziwił? Mnie nie. Były mistrz świata WBA i tak poczynił postęp w swoich wypowiedziach, nie obrażając przeciwnika i przyznając, że Władimir rozegrał walkę perfekcyjnie. Podważył decyzję sędziego, który w 11 rundzie wyliczył go po popchnięciu przez Kliczkę. Jednak "Hayemaker" sam jest sobie winien. Po ostrzeżeniu dla Kliczki za ściąganie głowy przeciwnika usilnie starał się wymusić na Genaro Rodriguezie drugie odjęcie punktu. I tak intensywnie się tym zajął, że... sam stracił jedno "oczko".
      David Haye miał być według wielu "zbawicielem wagi ciężkiej". Jednak jego wczorajsza misja odebrania Władimirowi pasów mistrzowskich zakończyła się niepowodzeniem. Ostatnia nadzieja w Tomaszu Adamku, który we wrześniu zmierzy się ze starszym z braci - Witalijem. Jeśli "Góral" nie podoła, to będziemy musieli czekać na zakończenie kariery przez Ukraińskich braci, którzy na przestrzeni kilku lat zdominowali kategorię ciężką.
Tomasz Adamek wydaje się być ostatnią nadzieją bokserskiego świata na pokonanie braci Kliczko.

 PIĘCIU BIAŁO-CZERWONYCH W FINALE GP CHALLENGE

       Plan minimum został zrealizowany. Piątka naszych reprezentantów przebrnęła przez półfinały, jednak stawiałem, że polski skład na sierpniowe zawody w Vetlandzie będzie nieco inny. Zawiódł Mnie przede wszystkim Adrian Miedziński, który miał bodaj najłatwiejsze zadanie, bo startował w Daugavpils, gdzie obsada turnieju była teoretycznie najsłabsza. Cóż, włodarze Unibaxu mają teraz problem z głowy. Nie będą się musieli martwić posiadaniem 3 zawodników z Grand Prix w składzie. Zaskoczył Krzysztof Buczkowski, który mimo jazdy w pierwszej lidze, dobrze prezentuje się także w towarzystwie zawodników jeżdżących w Ekstralidze. Walasek, Kasprzak, Protasiewicz i Ułamek nie zawiedli i pewnie wskoczyli do najlepszych piątek swoich półfinałów. Na co możemy liczyć w Vetlandzie? Na awans minimum jednego z naszych. Największe szanse upatruję w Protasiewiczu i Kasprzaku, którzy są w kadrze na DPŚ. Gdyby powtórzyła się sytuacja z 2008 roku, gdy awans wywalczyli dwaj Polacy (Ułamek i Walasek), byłoby to znakomite osiągnięcie. Rywale jednak łatwo pola nie oddadzą. Wśród nich są tacy jeźdźcy jak: Zagar, Lindbaeck, Pedersen, Andersen czy Madsen. Niespodziankę będą chcieli sprawić młodzi Vaculik i Gustafsson. Finał Challenge'u jednak dopiero w drugiej połowie sierpnia. Przed nami Drużynowy Puchar Świata, w którym swoją klasę muszą potwierdzić wspomniani wcześniej "Kasper" i "Protas".
Krzysiek, nie pij tyle!!!

30 KUMATYCH LUDZI, NAWIEDZONY TRENER I MISTRZ ŚWIATA czyli XII runda Ekstraligi

Unia Leszno 50:40 Stal Gorzów (bonus jedzie do Gorzowa)

      Oj, działo się wczoraj na Stadionie im. Alfreda Smoczyka zarówno na torze, jak i w parku maszyn. Od wczesnego popołudnia spora grupa ludzi próbowała doprowadzić tor przy Strzeleckiej do odpowiedniego stanu. Jak stwierdził w wywiadzie dla TVP SPORT dyrektor sportowy Unii Ireneusz Igielski, przy leszczyńskim owalu pracowało "30 kumatych ludzi". Mecz ostatecznie rozpoczął się niemal trzy godziny wcześniej niż zakładał terminarz, ale dobrze się stało, że doszedł on do skutku. Kolejna zaległość do odrobienia zacieśniłaby i tak napięty terminarz zawodników. Dzięki wytężonej pracy Leszczynian na czele z prezesem Dworakowskim (twardy gracz z tego gościa, według Mnie najrozsądniejszy prezes w całej Ekstralidze, co pokazał w aferze z braćmi Pawlickimi) kibice obejrzeli kolejne zwycięstwo Mistrza Polski. Tryumf zasłużony, bo znowu wygrała drużyna, a nie indywidualności. W drużynie gorzowskiej tym razem najwięcej punktów zdobył Matej Zagar. Słabszy występ zanotował Tomek Gollob, który miał trochę kłopotów sprzętowych, a w jednym z wyścigów "przysnął" na końcowych metrach i dał się wyprzedzić Batchelorowi. Zawiedli juniorzy. Cyran dwa razy upadł, a Zmarzlik zdobył punkty tylko w wyścigu juniorskim. W drużynie leszczyńskiej świetne zawody odjechali Jarek Hampel i Troy Batchelor. Dobry mecz w wykonaniu Adama Skórnickiego, który pokonał w jednym z biegów Tomasza Golloba, a po meczu wybrał się do boksu "Chudego" po autograf dla synka. Zawiódł po raz kolejny Edward Kennett. Kibice "Byków" z utęsknieniem czekają na powrót "Jury" Pavlica i Damiana Balińskiego, bo Brytyjczyk poza meczem we Wrocławiu systematycznie "wozi ogony". Na koniec kącik prezesowsko-trenerski i kolejne przepychanki pod publiczkę. Tym razem bohaterem "gorzowski Mourinho" Czesław Czernicki i Józef Dworakowski. W tym konflikcie zdecydowanie staję po stronie leszczyńskiego sternika. Gdyby nie praca jego ludzi, mecz by się nie odbył. Czernicki nie powinien narzekać na jakość toru, bo był on najlepszym, jaki można było przygotować w tak krótkim czasie po tak intensywnych opadach.
W następnej kolejce Stal na wyjeździe podejmie Włókniarza, a Unia w Rzeszowie spróbuje wyrwać trzy "oczka" miejscowej Stali.
Jarek Hampel był w niedzielę w fantastycznej dyspozycji.


Unibax Toruń 50:40 Stal Rzeszów (bonus zostaje w Toruniu)

      Niespodzianki nie było. Drużyna z Torunia pewnie wygrała, a wynik mógłby być znacznie wyższy, gdyby "Anioły" potraktowały na serio biegi nominowane. W drużynie gości tylko Jason Crump i Lee Richardson nawiązali walkę z gospodarzami. Fatalnie pojechał Harris. Nic z formy z poprzednich tygodni nie pokazał Rafał Okoniewski. W Unibaxie swoje zrobili jak niemal zawsze: Holder, Holta, Sullivan i Miedziński. Rzeszowianie mimo tej przegranej na pewno nie czują się załamani. Mają już pewne miejsce w szóstce, a w następnej kolejce zmierzą się na własnym torze z Unią Leszno. Wcześniej jednak czeka ich odrobienie zaległości z IX rundy. W środę podejmą na wyjeździe Falubaz Zielona Góra. Torunianie chcą zająć pierwsze miejsce w tabeli po rundzie zasadniczej, lecz do tego potrzebny jest im komplet sześciu punktów. Okazja do powiększenia dorobku już za dwa tygodnie. We Wrocławiu powalczą o to z miejscową Spartą.
Oj, Lee, Lee... Skup się na jeździe. Na podryw przyjdzie czas po meczu...

Falubaz Zielona Góra 53:37 Sparta Wrocław (bonus zostaje w Zielonej Górze)

      No cóż, tego się można było spodziewać. Nie byłbym jednak zły na ten wynik, gdyby nie to, że wczoraj jeździliśmy w sześciu przez jakieś głupie niedopatrzenie w sprawach "papierkowych". Kto wie, czy gdyby Patryk Malitowski mógł pojechać, to nie zdobylibyśmy 40 punktów. Zawsze to wyglądałoby lepiej niż te 37... Wracając do spraw czysto sportowych, to Falubaz zrobił swoje. 38 punktów trójki Protasiewicz-Hancock-Jonsson, 9 "oczek" juniorów i rekord toru Davidssona. To musiało dać zwycięstwo. W naszej drużynie po raz kolejny nie zachwycił Kenneth Bjerre. Tylko 8 punktów, a od niego wymagać się powinno "dwucyfrówek". Andersson też nie zachwycił, ale w starciu z taką drużyną po prostu musieliśmy polec. Na niewielki plus postawa Jędrzejaka i Janowskiego. Przyzwoicie Piotrek Świderski. Lasse Bjerre jest młody i zrozumiałym było to, że sobie nie poradzi. Mając w drużynie 4 juniorów ciężko myśleć o wyjazdowym sukcesie. Brakuje nam jednego seniora, który gwarantowałby te 7-9 punktów w każdym meczu. W tej sytuacji kadrowej o miejsce w szóstce może być nam bardzo ciężko. Tym bardziej, że za dwa tygodnie przyjeżdża do nas Unibax Toruń, który poniósł w tym sezonie tylko dwie porażki. Potrzebny jest kolejny fantastyczny mecz całej drużyny. Tak jak 22.05, kiedy z kwitkiem odprawiliśmy gorzowską Stal. Falubaz czeka w środę odrobienie zaległości w meczu z rzeszowską Stalą. W XIII rundzie na W69 przyjeżdża Unia Tarnów. Przed Zielonogórzanami zatem dwa łatwe mecze i 6 punktów do zgarnięcia.
Nasz jaskrawy lider znowu pojechał poniżej oczekiwań.
Unia Tarnów - Włókniarz Częstochowa (mecz przełożony na środę z powodu złego stanu toru)

ZAPOWIEDŹ PIĄTKOWEGO WPISU

      W piątek pojawi się notka, w której dokonam oceny układu sił poszczególnych reprezentacji przed półfinałami DPŚ. Oprócz tego ocenię przebieg dwóch środowych zaległych meczów Speedway Ekstraligi (jeśli oczywiście się odbędą). Serdecznie pozdrawiam wszystkich moich czytelników. Na razie nie jest was zbyt wiele, ale liczę, że to grono się powiększy. Po raz kolejny zachęcam do pozostawiania komentarzy pod notkami.

Z cierpiącego na brak speedwaya Wrocławia Bartłomiej Przybyłek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz