piątek, 16 września 2011

SIĘGNĘLIŚMY DNA...

ROZMIAR JEDNAK MA ZNACZENIE...

      Niestety, stało się to, co przewidywała zdecydowana większość ekspertów. Witalij Kliczko nie dał żadnych szans Tomkowi Adamkowi i po raz kolejny obronił tytuł WBC w kategorii ciężkiej. Na wrocławskim stadionie ponad 40 tysięcy fanów było świadkami bardzo ciekawej gali bokserskiej. Przed głównym pojedynkiem wieczoru efektowne zwycięstwo zanotował Wrocławianin - Mateusz Masternak. "Master" po raz kolejny potwierdził, że w najbliższym czasie może bić się o najwyższe cele w kategorii junior ciężkiej. Po walce Mateusza do ringu wyszli główni bohaterowie wieczoru. Michael Buffer wykrzyczał słynne: "Let's Get Ready To Rumble", a atmosfera na Stadionie Miejskim stawała się coraz bardziej elektryczna. Nie spodziewałem się, że słowa konferansjera będą skierowane do Tomka, który od końcówki drugiej rundy stracił kompletnie koncept na walkę. To właśnie wtedy przyjął potężny cios z prawej ręki na skroń. "Góral" w wywiadach po walce potwierdził, że ta "bomba" odebrała mu siły i usztywniła go. Następne rundy wyglądały bardzo podobnie. Polak próbował nieporadnymi, pozbawionymi pomysłu i szybkości atakami sięgnąć szczęki Ukraińca, a ten strofował go raz po raz swoimi firmowymi ciosami: lewymi prostymi i prawymi podbródkowymi. Trzeba zaznaczyć, że jak na swoje warunki fizyczne, Kliczko był niespotykanie szybki, co świadczy o tym, że nie próżnował w trakcie przygotowań i nie zlekceważył Adamka. Mimo przyjmowania kolejnych ciężkich uderzeń, Tomasz, z uporem godnym największych słów uznania, próbował przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Nie poddał się tak jak wielu poprzednich rywali Witalija. Nie wyszedł do ringu po to, by przetrwać 12 rund z wielkim (dosłownie i w przenośni) mistrzem z Ukrainy. Niestety, w tym przypadku rozmiar odegrał decydującą rolę. Tym razem nie byliśmy świadkami porażki Goliata. Boks to część życia doczesnego, a ono często pisze inne scenariusze niż te, jakie znamy z Biblii.
      Jestem przekonany o tym, że Tomasza Adamka w niedługim czasie zobaczymy po raz kolejny w walce o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. To sportowiec, który łatwo się nie poddaje i dopóki będzie zdrowy i pełny woli walki, zrobi wszystko, aby zdobyć upragniony pas. Tylko czy w sytuacji, gdy wszystkie pasy są w posiadaniu braci Kliczko będzie to możliwe? Tego życzę Mu z całego serca, a wszystkim, którzy wieszają na Nim psy proponuję zamilknąć w jego kwestii na wieki...

"Góral" po sobotniej walce nie miał powodów do radości...
TRZEBA BYĆ TWARDYM, A NIE PRZYCZEPNYM MIĘKKIM!

      Kieruję te słowa do ekipy toruńskiej na czele ze Sławomirem Kryjomem, który jeszcze rok temu mówił, że żużel to nie sport dla Panienek i trzeba umieć jeździć zarówno na torach twardych, jak i przyczepnych. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i menedżer "Aniołów" ma teraz zupełnie inne zdanie na temat jazdy po tzw. "kopie". W tym sporze jestem po stronie Leszczynian z jednego prostego powodu. To sędzia po pracach wykonanych między 18 a 19 dopuścił tor do zawodów uznając go za regulaminowy. Torunianie chcąc kary dla Unii jednocześnie podważają kompetencje Leszka Demskiego. Poza tym żużel to nie szachy i jazda na torach przyczepnych to nieodłączny element naszej ligi. W tym sezonie widziałem w TV mecz Leszno-Rzeszów i w tamtym spotkaniu tor był jeszcze bardziej kopny, a Rzeszowianie wtedy nie protestowali. Teraz to Kryjom i jego drużyna wychodzą na panienki. Wyłączyłbym z tego grona Holdera i Sullivana, którzy pokazali, że na "Smoczyku" można było w niedzielę się ścigać. Działania ekipy z Grodu Kopernika są dalekie od sportowej rywalizacji i szczerze mówiąc zaczynam mieć powoli dosyć ligowego sezonu i z utęsknieniem czekam na jego zakończenie... A jeszcze kilka tygodni temu byłyby to ostatnie słowa, jakie napisałbym na łamach mojego bloga. Wróćmy jednak do wydarzeń z niedzieli. Swoje za uszami mają też Leszczynianie na czele z Damianem Balińskim, który po raz kolejny "pozdrowił" kibiców z Torunia środkowym palcem. W niedzielę może się spodziewać solidnej porcji gwizdów i niecenzuralnych okrzyków pod swoim adresem. "Bally" jednak przywykł do takich sytuacji, bo już nieraz zniechęcał do siebie fanów drużyn przyjezdnych. Niedzielny rewanż zapowiada się ekscytująco. Mimo siedemnastu punktów zaliczki Unia nie może spać spokojnie. "Anioły" będą pałać rządzą rewanżu i mimo kontuzji Miedzińskiego i Pulczyńskiego nadal są bardzo groźnym zespołem. Apator może być pewny tego, że kibice będą ósmym zawodnikiem drużyny i w trudnych chwilach ich doping będzie niezwykle potrzebny. Unia wystartuje w tym meczu w pełnym składzie, bo do jazdy zdolny jest już Jurica Pavlic. Pytanie tylko, w jakiej dyspozycji znajduje się Chorwat i czy Roman Jankowski zaryzykuje wstawić "Jurę" do składu. Jednego możemy być pewni. Przegrany tego półfinału będzie zrzucał winę nie tylko na siebie, ale także na nieczyste zagrywki przeciwnika... Tylko czy żużlowi takie coś jest potrzebne? W tym miejscu polecam przeczytanie artykułu red. Rafała Darżynkiewicza, który w bardzo przekonujący sposób naświetlił tegoroczne problemy Ekstraligi: ARTYKUŁ RED. DARŻYNKIEWICZA

Kiedyś ramię w ramię z "Bykami", teraz jest w stanie wbić im nóż w plecy...
FALUBAZU MONOPOL NA DESZCZ

      Szkoda mi Stali Gorzów. Zespół Czernickiego rozpędzał się w miarę upływu czasu i wysoka wygrana żółto-niebieskich wydawała się być niemal pewna. I wtedy spadł zbawienny dla Falubazu deszcz. Nie da się ukryć, że Zielonogórzanie mają w swojej talii mocniejsze karty przed niedzielnym rewanżem. Jedynym atutem gości wydaje się być niewielka 8-punktowa zaliczka. Tor w Zielonej Górze nie odpowiada wszystkim Gorzowianom. Za Motomyszami Cieślaka będą także znakomicie dopingujący kibice. Pragnę jednak przypomnieć, że ubiegłoroczna rywalizacja w fazie play-off miała podobny przebieg. Wydawało się, że zaliczka Falubazu uzyskana w pierwszym meczu (4 punkty) jest zbyt mała. A jednak wystarczyło. Czy tym razem będzie podobnie? Nie ukrywam, że szczerze na to liczę, ponieważ ilość szczęścia, jakiego doświadczył Falubaz, jest niewspółmierna do innych drużyn. Zielonogórzan można śmiało obwołać Monopolistami deszczu, który nie pierwszy raz pomaga im w rywalizacji derbowej (patrz: przełożenie meczu z Rzeszowem i możliwość zastosowania ZZ za Dobruckiego). A Stal? Stal czeka na mistrzostwo Polski już 28 lat i fani znad Warty bardzo pragną tego, aby w tym roku licznik sezonów bez złota w końcu się wyzerował. Kluczowym dla tego meczu będzie stan zdrowia Grega Hancocka. Tak naprawdę nie wiemy, jak po nagłym kontakcie z wyrwą na gorzowskim torze czuje się noga (prawie) mistrza świata 2011. Jeśli wierzyć prezesowi Falubazu i samemu Gregowi, to kibice z Grodu Bachusa nie mają się o co martwić. Jak będzie w praktyce, przekonamy się już w niedzielę. Mimo zapowiadanego w prognozach pogody ochłodzenia, temperatura na stadionach za sprawą zawodników i kibiców będzie bardzo wysoka.

Walki na torze z pewnością nie zabraknie...
 Z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek

PS. Uważam, że od przyszłego sezonu należy zmienić regulamin rozgrywek w taki sposób, aby nie doszło do sytuacji, z jaką mamy do czynienia teraz. Mam tu na myśli to, że Falubaz będzie jechał (o ile pogoda pozwoli) w 15 biegach na swoim torze, podczas gdy Stal miała możliwość powalczyć na domowym owalu tylko osiem razy. Według Mnie jest to niesprawiedliwe i nieco wypacza wynik dwumeczu...

1 komentarz:

  1. Hej ;-) Cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga. Jest naprawdę ciekawy. W kwestii Stali i Falubazu zgadzam się z Tobą całkowicie.Bez bicia przyznam się, że boks to nie moja bajka, ale będę tu wpadać chociażby ze względu na ciekawe wpisy o żużlowym światku. Pozdrawiam z Gorzowa,
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń