czwartek, 1 września 2011

WITAJ SZKOŁO, ŻEGNAJ MOCNO OBSADZONY FINALE IMP!

      Za oknem piękna pogoda, lato w pełni, a to oznacza powrót do szkoły. Już jutro zaczynamy i zarazem kończymy pierwszy tydzień ciężkiej pracy w naszych placówkach dydaktycznych. O tak, będzie ona niewątpliwie ciężka, w końcu lekcje organizacyjne są takie męczące... Ale nie o szkole dziś mam zamiar pisać, a o ostatnich wydarzeniach w świecie żużla. A działo się wiele...

WSTRZĄS W GŁOWIE, WSTRZĄS W GENERALCE...

     Przebieg sobotnich zawodów na MotoArenie zamknął nieodwracalnie Tomaszowi Gollobowi drogę do obrony tytułu mistrza świata. Śmiem nawet twierdzić, że Bydgoszczanin utracił szanse na krążek srebrnego kruszcu. Tomek musi się teraz skupić na walce o brązowy medal, która do łatwych należeć nie będzie. W świetnej formie jest bowiem sobotni zwycięzca - Andreas Jonsson, który w niczym nie przypomina zawodnika z początku sezonu, który miał problemy z uzyskiwaniem awansów do półfinałów.
     Pozytywem w sytuacji Golloba jest to, że w Toruniu zaobserwować można było niewielki postęp sprzętowy w porównaniu do zawodów w Terenzano czy Malilli. Motocykle Tomka nieco lepiej wychodziły ze startu i na przeciwległej prostej znacznie szybciej nabierały odpowiedniej prędkości. Niewątpliwy wpływ na to miały nowe wały w silnikach jeźdźca Stali Gorzów. Niestety, gdy Gollob zaczynał się w Toruniu rozkręcać, dopadł go nieszczęśliwy przypadek. Na słynnej już w Toruniu koleinie na wyjściu z drugiego łuku (patrz: zawody w 2010 i upadki Holdera i Mroczki) "odprostowało" Artema Łagutę i młody Rosjanin wpadł na naszego Mistrza Świata. Uderzenie głową o tor było niebywale mocne, co potwierdza uszkodzenie kasku w postaci około dwudziestocentymetrowego rozcięcia.
      Ale nie tylko Tomasz ścigał się w sobotę w Grodzie Kopernika. Na wielkie słowa uznania zasługuje Darcy Ward - najbardziej kontrowersyjna postać tych zawodów. Młody Australijczyk został - o dziwo - dość owacyjnie przywitany przez polską publiczność. Wynik, jaki osiągnął zawodnik gdańskiego Wybrzeża, przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Zajmując trzecie miejsce, popularny "Darky" po raz kolejny potwierdził, że zasługuje na stałą dziką kartę na przyszłoroczny cykl. Jego widowiskowy styl jazdy bardzo przypadł mi do gustu, a akcja z biegu 12, kiedy na wejściu w drugi wiraż trzeciego okrążenia był w bardzo bliskim kontakcie z Tomaszem i Gregiem, zapadnie na długo w mojej pamięci.
      Oglądając sobotnią Grand Prix Polski byłem zażenowany postawą Chrisa Harrisa. Brytyjczyk uzyskał jakże niechlubny olimpijski rezultat i jeśli myśli o udziale w przyszłorocznych zmaganiach, to powinien od następnego turnieju meldować się w finałach. Jeśli tak się nie stanie, to "Bomber" nie będzie miał żadnych argumentów sportowych świadczących o tym, że zasługuje on na kolejną szansę od BSI.
      Pozytywnie zaskoczył Mnie Antonio Lindbaeck. Pomimo wywalczenia tydzień wcześniej awansu w Grand Prix Challenge, Szwed nie odpuszcza i walczy o jak najlepsze miejsce na zakończenie serialu. Gdyby "Toninho" udało się ukończyć zmagania w pierwszej ósemce, to stałe miejsce w stawce Grand Prix otrzyma Słowak Martin Vaculik. Jeżdżący z polską licencją zawodnik z pewnością ściska kciuki za ridera rodem z Brazylii.
      Zawody w Toruniu były bardzo ciekawe. Mimo przygotowania twardego toru oglądający te zawody byli świadkami wielu wyprzedzeń i walki do samej "kreski". Szkoda tylko, że nasi zawodnicy nie powtórzyli sukcesu sprzed roku. Ale jak to się mówi: "Nie zawsze jest niedziela". Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. A mamy drugiego i czwartego zawodnika klasyfikacji generalnej. I wielce prawdopodobne jest to, że przy odrobinie szczęścia i słabości rywali będziemy w październiku cieszyć się ze złota i brązu. Strata Jarka do Grega (17 punktów przy 3 turniejach do końca) jest jak najbardziej do odrobienia. Patrząc z matematycznego (na pewno nie mojego ulubionego) punktu widzenia, w każdym turnieju Jarek powinien odrabiać minimum sześć punktów. Myślę jednak, że jeśli zawodnikowi Unii uda się zmniejszyć w Vojens stratę do 12 punktów, to szanse na złoto będą jeszcze realne. W przeciwnym razie tak doświadczony zawodnik jakim jest Greg Hancock nie da się już dogonić. Takie wyliczenia mogą jednak okazać się zbyteczne, bo żużel jest sportem, w którym do ostatnich metrów wszystko jest możliwe. Nieszczęśliwy upadek też może się przecież komuś przytrafić. Oby tak jednak nie było. Niech walka o tytuł rozstrzygnie się w duchu sportowej rywalizacji.
Czy doświadczony Amerykanin utrzyma przewagę do końca zmagań?

FINAŁ IMP? TYLKO Z NAZWY...

      Po raz drugi z rzędu Tomasza Golloba zabraknie w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski na żużlu. Po raz kolejny kapitana Stali Gorzów wykluczają problemy zdrowotne. I o ile w zeszłym roku można było doszukiwać się u Tomka "niewinnego" kłamstewka, to w tym powód absencji jest jak najbardziej prawdziwy. Wszyscy trzeźwo myślący fani speedwaya widzieli, jak mocno Gollob uderzył głową w twardy toruński tor. Gdy tylko w poniedziałek pojawiła się informacja o tym, że Tomek nie wystartuje w Szwecji, byłem gotów postawić wszystkie swoje pieniądze, że wciąż aktualnego Mistrza Świata zabraknie także i w sobotnich zawodach. Szkoda, że do żadnego zakładu nie doszło, bo mógłbym podreperować swój skromny budżet.
      Przyjrzyjmy się stawce tegorocznego finału. Poza wspomnianym Gollobem zabraknie w niej takich jeźdźców jak Kasprzak (zakaz startu), Miedziński, Kołodziej (nie awansowali), Świderski (kontuzja). Wśród szesnastki startujących znajdziemy tylko siedmiu zawodników startujących w Ekstralidze! Aż czterech reprezentuje kluby drugiej ligi. Świadczy to o tym, że prestiż imprezy, która przed laty przyciągała na stadiony tysiące ludzi, maleje z każdą edycją. To niepokojące zjawisko i myślę, że najwyższy czas, aby ludzie odpowiedzialni za organizację tej imprezy zaczęli coś z tym robić. Pod tymi ostatnimi niewiele mówiącymi słowami kryje się oczywiście pozyskanie sponsora, który zagwarantuje wysokie nagrody finansowe dla najlepszych. Niestety, żyjemy w takich czasach, że wyszycie nazwiska na Czapce Kadyrowa nie jest wystarczającym zaszczytem dla potencjalnych mistrzów...
     Oceniając szanse poszczególnych zawodników wniosek nasuwa się jeden. Jarek Hampel, a potem długo, długo nikt... Ale to tylko teoria. Kibice żużla pamiętają zapewne rok 2008 i sensacyjny tryumf Adama Skórnickiego. Według Mnie walka o medale powinna się rozegrać między: Hampelem, Protasiewiczem, Ułamkiem, Janowskim i Przemkiem Pawlickim. Namieszać mogą także Bydgoszczanie: Gapiński i Walasek, ale nie wydaje mi się, by byli w stanie stanąć w sobotę na podium. Moje typy na podium IMP są następujące:


1. Jarosław Hampel
2. Piotr Protasiewicz
3. Maciej Janowski
Niegdyś przedmiot pożądania każdego polskiego żużlowca. Dziś Czapka Kadyrowa nie ma już tak wielkiej wartości dla zawodników.
KTO KOMU WBIJA SZPILKI?

      Od kilku dni w najlepsze trwa wojna medialna pomiędzy Markiem Cieślakiem a Krzysztofem Cegielskim roboczo nazwana "wbijaniem sobie szpilek". Przedmiotem tej szkodliwej dla polskiego żużla batalii jest fatalna postawa Janusza Kołodzieja w tym sezonie. Nie będę się zbyt długo rozwodził nad argumentami prezentowanymi przez obie strony. Obu Panom poradziłbym, aby zaprzestali medialnej walki i poza kamerami telewizji i wiedzą dziennikarzy pomogli Januszowi, który na tej całej sytuacji cierpi najbardziej. On potrzebuje teraz wsparcia nie tylko od kibiców. Osoby z jego najbliższego otoczenia (np. prezes Dworakowski, który poważnie zajął się "Koldim" po meczu w Gorzowie) powinny być teraz przy Nim i odbywać z Jankiem spokojne rozmowy na temat tego, co się dzieje z zawodnikiem Unii Leszno. Nieoceniona może być pomoc psychologa, bo problemy Kołodzieja to nie tylko nerki, ale także i sfera mentalna. Najważniejsze jest jednak to, aby dać temu chłopakowi odrobinę spokoju, bo ta będzie mu w decydującej fazie sezonu niezwykle potrzebna...

Ze szkolnym pozdrowieniem z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek

piątek, 26 sierpnia 2011

LEGIA NIE (PO)LEGŁA... CZY POLEGNIE HANCOCK?

NAPOLEON POMSZCZONY. MOSKWA ZDOBYTA!

Wczorajsze rozstrzygnięcie, jakie zapadło na Łużnikach zszokowało wielu fanów piłki w naszym kraju. Nawet najwięksi optymiści byli dalecy od tego, że drużyna z Łazienkowskiej będzie w stanie awansować, mało tego, odrobić straty poniesione w pierwszych dwóch kwadransach rewanżu. Spartak już czekał na losowanie grup, już witał się z gąską po dwóch bramkach braci Kombarowów. Nie spodziewał się jednak, że stawiana w roli kopciuszka Legia nie podda się i do skutku będzie próbować wyrównać. I to się jej udało. Gdy wszyscy czekali już na dogrywkę, Rosjanie otrzymali kolejny, bardzo bolesny cios. Jako że nazwisko zobowiązuje, decydującą o awansie bramkę strzelił Janusz Gol. Gdy dowiedziałem się, kto strzelał bramki dla Legii od razu nasunął mi się pewien wniosek. Dwa dni wcześniej oglądaliśmy w akcji Wisłę, która w swoim podstawowym składzie ma tylko trzech Polaków. Strzelcem bramki, która mogła dać awans Białej Gwieździe był Cezary Wilk. W drużynie Macieja Skorży gole strzelali młodzi polscy zawodnicy. To pokazuje, że ściąganie do drużyny wielu obcokrajowców nie gwarantuje sukcesu. Różnica pomiędzy nimi a Polakami jest taka, że dla nich granie w polskich klubach jest tylko przystankiem w drodze do wielkiej kariery na zachodzie Europy. Natomiast rodzimi piłkarze identyfikują się z klubowymi barwami i w trakcie meczu dają z siebie wszystko, o czym przekonaliśmy się wczoraj oglądając mecz na Łużnikach. Miejmy nadzieję, że kierownictwo drużyny z Grodu Kraka wyciągnie z tej lekcji odpowiednie wnioski i w przyszłym roku nie będziemy musieli szukać Polaków w składach zagranicznych klubów, które występują w Lidze Mistrzów. Na razie pozostaje nam trzymać kciuki za Wisłę i Legię, które zagrają w fazie grupowej Ligi Europy. I to niezależnie od tego, czy jesteśmy kibicami Śląska, Ruchu czy Pogoni...

Kibice z Warszawy mogą być dumni ze swoich piłkarzy.


MOTOARENA PO RAZ DRUGI

      Rok temu obiekt przy ulicy Pera Jonssona w Toruniu eksplodował radością po ostatnim biegu. Na podium stanęło wtedy trzech Polaków, a Piotr Olkowicz wypowiedział słowa, które brzmią w moich uszach do dziś: "Światowy Speedway ukląkł przed nami na kolana". Dziś wydaje się, że nasi rywale, przynajmniej w wymiarze stricte sportowym, powoli się z tych klęczek podnoszą. Czy zatem po raz kolejny Polacy przygniotą światową czołówkę na toruńskiej MotoArenie?
      Zadanie przed biało-czerwonymi bardzo trudne. Tym bardziej, że nie będziemy wspomagani przez jeźdźca z dziką kartą. Jako nr 16 pojedzie Australijczyk Ward. Jestem bardzo ciekawy, jakie powitanie zgotuje mu toruńska publiczność.
      Turniej o Grand Prix Polski może definitywnie wyjaśnić sprawę mistrzostwa świata. Podzielam w tej kwestii zdanie Piotra Protasiewicza, który stwierdził, iż jeśli Greg Hancock po sobotnich zawodach będzie miał nadal 20 punktów przewagi nad drugim zawodnikiem, to już nikt nie odbierze mu złota. Jedynym rywalem Amerykanina w walce o prymat wydaje się być Jarek Hampel, który ostatnio znajduje się w życiowej formie. Na Polaka stawia wielu ekspertów na czele z pięciokrotnym mistrzem świata Ove Fundinem. Wszystko układa się ostatnio po myśli "Małego". W ostatnim meczu ligowym dwukrotnie pokonał Tomasza Golloba na jego własnym torze, co do łatwych zadań z pewnością  nie należy.
      Zawodnik Stali Gorzów ma już tylko iluzoryczne szanse na obronę mistrzowskiego tytułu. Jego dyspozycja jest daleka od ideału, ale jeśli Tomek ma się przebudzić, to MotoArena jest doskonałym miejscem na powrót do wielkiej gry. W zeszłorocznym turnieju nie pozostawił złudzeń rywalom wygrywając wszystkie wyścigi. Jutro komplet punktów będzie raczej niemożliwy do wywalczenia. Potrzebna jest jednak zdobycz na poziomie 16-20 punktów aby być nadal w grze o medale.
      Za plecami naszych czają się dwaj Australijczycy, którym toruński tor bardzo sprzyja. Chris Holder ma wielką chrapkę na zwycięstwo, tym bardziej, że startuje na toruńskim owalu w barwach Apatora. Zatem każdy centymetr tego toru powinien być mu doskonale znany. Jason Crump z kolei dobrze spisał się w zeszłorocznej edycji, kiedy zajął czwarte miejsce.
Ci dwaj panowie mogą jutro sporo namieszać...
      Miejmy nadzieję, że jutro obejrzymy emocjonujące zawody obfitujące w mijanki i walkę do ostatniego metra każdego wyścigu. Obyśmy, podobnie jak dwa tygodnie temu, usłyszeli na koniec Mazurka Dąbrowskiego.

      Wybaczcie, ale ten dzisiejszy wpis jest tak trochę "na sztukę". Panujące na Dolnym Śląsku upały spowodowały, że jestem dziś cieniem samego siebie. Bądźcie zatem wobec Mnie wyrozumiali. Obiecuję poprawę w najbliższym czasie.

Z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

NIESAMOWITY "GRISZA" I MIĘDZYNARODOWY "PROTAS"

VETLANDA ZDOBYTA! ALE...
      
      Piotr Protasiewicz w przyszłym roku będzie trzecim obok Tomka Golloba i Jarka Hampela (zarówno "Chudy" jak i "Mały" utrzymają się bez problemu) Polakiem w cyklu Grand Prix. Żużlowiec z Zielonej Góry nie musiał być przedmiotem handlu dzikimi kartami przy zielonym stoliku. Awans wywalczył sobie na torze w szwedzkiej Vetlandzie. Oprócz niego w stawce stałych uczestników cyklu ujrzymy Antonio Lindbaecka oraz Bjarne Pedersena. W związku z prawdopodobnym wprowadzeniem ograniczenia liczby zawodników z Grand Prix w ligowych drużynach do jednego przed ogromnym problemem staje zielonogórski Falubaz. Patrząc na aktualną klasyfikację cyklu, wielce prawdopodobne jest to, że zarówno Andreas Jonsson jak i Greg Hancock utrzymają się w czołowej ósemce. Będzie to oznaczać, że zgodnie z nowym przepisem klub z W69 będzie musiał pozbyć się aż dwójki z trzech swoich liderów. Wydaje mi się, że jedynym "pewniakiem" do pozostania w Grodzie Bachusa jest "PePe", który ma kontrakt ważny aż do 2015 roku. Nie chce mi się wierzyć, że kluby będą chciały uchwalić ten zapis regulaminu rozgrywek, ponieważ nie tylko Falubaz znajduje się w takiej sytuacji kadrowej. Rywal zza miedzy Zielonogórzan - Stal Gorzów także nie będzie chciała się pozbywać jednego ze swoich liderów. Jeśli będzie jednak zmuszona tak postąpić, to drużynę znad Warty opuści zapewne Nicki Pedersen. Zimą w trakcie ustalania regulaminu rozgrywek Speedway Ekstraligi będzie gorąco. Mimo że temperatura za oknami sal obrad będzie zapewne oscylować wokół zera stopni...
Protas, rozchmurz się, kibice z Zielonej Góry stoją za Tobą murem...
LATAJĄCY GRIGORIJ

      Wczorajszy mecz o 7. miejsce w Speedway Ekstralidze był dużo bardziej emocjonującym widowiskiem niż ćwierćfinał Gorzów-Leszno. Wynik do ostatniego biegu był sprawą otwartą. Po nieco słabszym starcie Włókniarza, jeźdźcy Jarka Dymka "poprzekładali" się na nieco bardziej przyczepny niż zwykle tor przy Olsztyńskiej. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Podwójnie wygrany bieg IX oraz X w stosunku 4:2 dał Częstochowianom sygnał do dalszej walki. Zakończyło się 8-punktowym tryumfem. W mojej opinii zbyt małym, aby w dwumeczu okazać się lepszym od "Jaskółek". Jednak nie ma się co załamywać, drodzy fani ze świętego miasta! Ekipa spod Jasnej Góry bez problemu ogra trzecią drużynę I ligi i w przyszłym sezonie znów będziecie mogli podziwiać zawadiackie akcje pod płotem w wykonaniu Griszy Łaguty. Pod warunkiem, że klub wyjdzie na prostą w sprawach finansowych, a Grigorij nie zostanie skuszony lepszymi warunkami przez inny klub...
Starszy z braci Łagutów jeździ z ogromną fantazją. I za to kochają go kibice w Częstochowie.

TLENU, TLENU!!!

      Tlen był wczoraj bardzo potrzebny Jarkowi Hampelowi. Gdyby w IX biegu wystartował jako rezerwa taktyczna za Adama Skórnickiego, to zanotowałby aż cztery starty pod rząd! Do tego jednak nie doszło, bo Jarek nie zdążył dojść do siebie. Mimo wspomagania butlą z tlenem. Wysoką temperaturę na stadionie podgrzewały dodatkowo "występy" Troya Batchelora. Australijczyk najpierw pokazał "międzynarodowy znak pokoju" Tomaszowi Gollobowi, a potem upadł bez kontaktu. Może akurat w tamtym momencie zawiał wiatr? Kto to wie? Unia robiła, co mogła, ale miała w swoim składzie tylko dwóch zawodników, którzy byli w stanie wyprzedzić Gorzowian. Katastrofalnie pojechał Janusz Kołodziej i to tylko do niego kibice mogą mieć pretensje. Skórnicki był w składzie na tzw. "sztukę" a młody Nowak zaliczył swój debiut w Ekstralidze. W ekipie Gorzowskiej poza Andersenem wszyscy mogą zaliczyć swoje występy do udanych. Czesław Czernicki ma ogromny ból głowy przed półfinałowymi derbami z Falubazem. "Ugly Duck" nadal jeździ poniżej oczekiwań. Być może do składu po raz kolejny wskoczy Artur Mroczka, który w rundzie zasadniczej bardzo dobrze zaprezentował się podczas Derbów w Gorzowie. Unia powinna do rywalizacji z Apatorem przystąpić wzmocniona Damianem Balińskim, Kamilem Adamczewskim oraz będącym w pełni sił Adamem Skórnickim.
Prezes Stali wreszcie zadowolony. Uniknięcie szóstego miejsca stało się faktem!
Następny wpis ukaże się przed Grand Prix w Toruniu.


Z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek

wtorek, 16 sierpnia 2011

KATASTROFA PLATINIEGO I PECH ŻÓŁTO-CZERWONYCH CZYLI ŻUŻLOWY DŁUGI WEEKEND

KOSZMARU CIĄG DALSZY...

      Oglądanie występu Tomka Golloba w Malilli bardzo bolało. Zawodnik rodem z Bydgoszczy składał się na wejściu w łuk niczym Nikołaj Krasnikov (dla niewtajemniczonych to wielokrotny mistrz świata w Ice Speedwayu) a jego sprzęt znikomo reagował na odkręcenie manetki gazu. Teraz wiemy już, że turniej w Terenzano nie był przypadkiem. To logiczna konsekwencja tego, co Tomasz ma pod sobą i poobijanego w ostatnim czasie ciała naszego mistrza. On o tym głośno nie mówi, ale Gollob jest nie z takich, którzy narzekają na ból. "Chudy" nie należy też do tych, którzy łatwo się poddają. Wierzę, że na toruńskiej MotoArenie, której przecież jest królem, przypomni nam, jak jeździ prawdziwy Gollob. Tytuł się oddalił, ale Tomasz musi zacząć zdobywać po kilkanaście punktów, aby nie stracić medalu.
      Kolejny blamaż Janusza Kołodzieja. Nie wiem, co się dzieje z tym chłopakiem. Z zeszłorocznej formy nie pozostało już nic. Doszły do tego szkolne błędy, takie jak ten w wyścigu 19-tym. Nie ma się co oszukiwać. Czołowa ósemka cyklu odjechała zawodnikowi Unii bezpowrotnie. Podobnie jak Artemowi Łagucie i Antonio Lindbaeckowi, który był pierwszym w kręgu moich trzech podejrzanych o wiercenie tłumików. Pierwszym i zarazem jedynym, który obniżył loty po wypłynięciu sprawy na światło dzienne. Andreas Jonsson i Kenneth Bjerre po raz kolejny znaleźli się w finale i w ich przypadku jestem zmuszony powiedzieć w ich kierunku "Zwracam Honor". Nie wiem jak to jest, po szwedzku i duńsku, ale myślę, że czytają to w większości Polacy, więc nie będę się silił na otwieranie Google Translatora. Do sprawy tłumików powrócę jeszcze na końcu wpisu.
      Jarek Hampel, Jarek! Gdyby nie on, to ten wieczór zyskałby u mnie miano najgorszego w te wakacje. Byłem tak rozgoryczony postawą Tomka, że omal nie nakrzyczałem przez telefon na jedną z drogich mi osób. Dlatego przerwałem natychmiast rozmowę przepraszając i przekładając konwersację na następny dzień. To tyle prywaty. Wracając do Jarka, to zaimponował mi w tym turnieju pod wieloma względami. Po pierwsze spokojem, który zachowywał mimo tego, że po pierwszym fantastycznym wyścigu okraszonym rekordem toru, nie potrafił wygrać wyścigu. Na szczęście odpowiednio dopasował swój motocykl i w finale popisał się nieprawdopodobną akcją na samej kresce. Na uznanie zasługuje jazda "Małego" w całym tym wyścigu. Jarek włożył w te cztery kółka tyle serca, że miejscowy matador Andreas Jonsson pękł przed samą metą. Jestem pełen uznania. Do niedawna miałem Jarka za żużlowca podobnego do Leigh Adamsa. Czyli takiego, który nie zawsze wykorzystuje okazję do wyprzedzenia rywala w obawie o jego kości. Ostatnimi występami udowodnił jednak, że potrafi w sobie wyzwolić bestię i walczyć o swoje. Jarku, dziękuję Ci za Mazurka Dąbrowskiego na zakończenie tego nie najlepszego dla Mnie dnia!

Jarek Hampel zwycięski - czy to początek marszu po tytuł mistrza świata?
      Same zawody na G&B Arena były niezbyt ciekawe. Z fotela poderwałem się tylko w trakcie finału. Czyli jak na zawody żużlowe i mój sposób przeżywania tychże stosunkowo mało. A przecież w Malilli zawsze było tak emocjonująco! Ten cykl schodzi na psy. Może to ostra opinia, ale na pewno bliższa prawdy niż to, że rywalizacja w Grand Prix się rozwija i rośnie w siłę. Słaby występ Grega Hancocka może zwiastować obniżkę formy Amerykanina. Ale czy na tyle dużą, że Jankes da sobie wydrzeć tytuł? Głównym rywalem jest teraz dla "Herbiego" Jarek, który traci 22 punkty. A Tomek? Musi w końcu dogadać się z motocyklami i na MotoArenie zrobić to, co zapowiadał  Dr. Grzegorzowi Ślakowi przed zeszłorocznym turniejem: dowalić im wszystkim. W oryginale brzmiało to dużo ostrzej...

POROZBIJANA SPARTA

      Jadąc w niedzielę na Olimpijski liczyłem na godne pożegnanie się naszych zawodników z kibicami w tym sezonie ligowym. Jednak nie przewidziałem tego, że mecz z Apatorem może się tak zakończyć. I nie chodzi mi tu o wynik, bo upadki Tomka Jędrzejaka i Piotrka Świderskiego spowodowały, że rywalizacja sportowa zeszła na dalszy plan i po 11-tym wyścigu szczerze odechciało mi się oglądać te zawody. Gdy patrzyłem na to, jak "Świder" jedzie prosto w płot, od razu przypomniał mi się rok 1999 i upadek Tomasza Golloba na Złotym Kasku. Tamten wypadek oglądałem tylko na youtube.com. Kraksę Piotra widziałem na żywo i mimo że była bliźniaczo podobna do tego, co przytrafiło się dwanaście lat temu, to wywarła na mnie dużo większe wrażenie. Dobrym sygnałem jest to, że nasz zawodnik pytał po przebadaniu jego nogi, kiedy będzie mógł wrócić na tor. Psychika "Świdra" zatem nie ucierpiała. Co do upadku "Ogóra", to odbyłem wiele rozmów ze znajomymi i opinie na temat przyczyny tego zdarzenia są podzielone. Według Mnie sytuacja z biegu 3-go jest wynikiem zdradzieckiej roboty nowego tłumika. To niemal kopia sytuacji z tegorocznego GP Europy w Lesznie, gdzie podobny crash zanotował Janusz Kołodziej. Zatem powinniśmy po raz kolejny podziękować naszemu kochanemu prezesowi PZM a także FIM-owi, któremu zachciało się wyciszać sport żużlowy. BRAWO PANOWIE!!! JESTEŚCIE TACY SAMI JAK WASI KOLEDZY PO FACHU Z UEFA I PZPN!!!

Grzegorz Lato polskiego speedwaya.
 WŁADYSŁAW K. W KOŃCU SZCZĘŚLIWY NA "SMOKU"

      To się musiało tak skończyć. Unia jest w tym momencie jednym wielkim szpitalem a mimo to awansuje ona do półfinału. Przy obecnych kłopotach kadrowych Sparty i odpadnięciu marnej drużyny z Rzeszowa (jak my mogliśmy z nimi zremisować i przegrać?!) leszczynianom wystarczy zapewne "ujechanie" około 35 punktów w Gorzowie. W stolicy lubuskiego (dobra, jednej ze stolic) za to ogromna radość. Wreszcie udało się uniknąć szóstego miejsca. Tak cieszącego się prezesa Komarnickiego nie widziałem od czasu finału DPŚ. Widok niezapomniany. W Unii dobry mecz zanotowali tylko dwaj zawodnicy. Sam Hampel wspomagany dzielnie przez Troya Batchelora nie wystarczy. Zarząd Unii przedsięwziął pierwsze kroki ku poprawie formy Janusza Kołodzieja zakazując mu startów w Szwecji. Czas pokaże, czy była to dobra decyzja. Rewanż będzie tylko formalnością. Niesmak pozostawiło zachowanie kibiców, którzy po jednym z biegów głośno krzyczeli: Gdzie jest Gollob? Szkoda tylko, że fani z Leszna nie są tak konsekwentni i gdy przychodzi do turnieju Grand Prix, to ściskają kciuki za Tomka. Ale cóż, dwulicowość to jak widać specjalność kibiców z Wielkopolski. Ale kibice z innych miast też mają swoje za uszami. Proponowałbym tym ludziom się jasno określić. Jestem albo za Gollobem, albo przeciwko niemu.

Tomek: Panie prezesie, melduję wykonanie zadania! Władek: Synu, wreszcie się udało, po tylu latach upokorzeń. Teraz idziemy na majstra!

"MARNI" SĄ MARNI

      Pierwsze słowo marni wzięte w cudzysłów, ponieważ tak nazywa drużynę rzeszowskiej Stali mój szanowny kolega z Tarnowa, którego przy okazji pozdrawiam. Niewątpliwie uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy zobaczył, co zrobił z ekipą znad Wisłoka zielonogórski Falubaz. Jeźdźcy Cieślaka są jedyną siłą, która może zostać skutecznie przeciwstawiona toruńskiemu Apatorowi. Na to starcie będziemy musieli poczekać aż do wielkiego finału. Zielonogórzanie prawdopodobnie w półfinale zmierzą się z szpitalem Unią Leszno. Chyba, że Sparta odda rewanż w Toruniu walkowerem. A wtedy mamy kabaret pod tytułem "Derby Lubuskie". Dodatek do afery z wierceniem tłumików jak znalazł. Znowu zaczną się napinki na forach internetowych i znowu będę miał się z czego śmiać... Jaki ten świat jest piękny... Przepraszam za takie dygresje, ale po prostu jestem w bardzo dobrym humorze.

Drżyjcie Krzyżacy i Stalowcy! Takiej ekipy to aż strach się bać...

O WIERCENIU SŁÓW KILKA

       Interesuję się żużlem stosunkowo krótko. Jednak w ciągu tych ponad dwóch lat wyrobiłem sobie zdanie na temat zawodników, działaczy, sędziów oraz szkoleniowców. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że kombinowanie to zdaniem środowiska żużlowego dobry sposób na sukces. Problem polega na tym, że jest to nie do końca zgodne z duchem sportu. Wiercenie większych lub dodatkowych otworków w tłumikach jest kolejnym dowodem na to, że zawodnicy źle oceniają nowe tłumiki. Jakoś w starych przecież nie wiercili i nie było tematu. Edward Kennett został zawieszony na pół roku. Szkoda mi go, bo jestem na 99,99% pewny, że Brytyjczyk jest wierzchołkiem góry lodowej. Eddie to taki Łukasz Piszczek afery tłumikowej. Najgłupszym posunięciem ludzi odpowiedzialnych za kontrole było ich ogłoszenie. Niestety, ale w takich sytuacjach trzeba zachowywać się po cichutku. Wtedy istnieje większa szansa na to, że delikwent zostanie przyłapany na gorącym uczynku i element kombinatorstwa zostanie wyeliminowany w większym stopniu. Kto wie, może osoby kontrolujące obawiały się tego, że w tę sprawę zamieszane jest 90 procent zawodników? Wtedy trzeba by było ich zawiesić i sezon nie mógłby zostać dokończony... Ale przecież w żużlu wszystko jest możliwe. Nawet to, że w ostatniej chwili zmieni się sędzia turnieju GP. Ciekawe, dlaczego Pan Marek Wojaczek w sobotę jednak nie zasiadł za pulpitem? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.

"Narzędzie zbrodni" tłumikowych oszustów


Z Wrocławia Bartłomiej Przybyłek 

PS. Z racji wczorajszego święta wpis planowo poniedziałkowy ukazał się dopiero dzisiaj. Jestem człowiekiem, który w życiu kieruje się taką myślą jednego z księży: Kto w niedzielę i święta pracuje, temu się w tygodniu psuje. Zachęcam i Was do odpoczywania w dni świąteczne, bo przecież po to one są. Serdecznie Was pozdrawiam i życzę wiele słońca w te wakacyjne dni.